czwartek, 11 lutego 2016

Prolog

Blog dedykuję Sayreen, Choco i Valeriane. Dziękuję Wam za wszystko ♥




Czwarty września 2016

     Maggie siedziała na huśtawce i z ponurą miną szurała stopami po ziemi. Kopnęła jeden z większych, wystających kamyków i obserwowała bez zainteresowania jak szara grudka znika w wysokiej trawie. Mocniej zacisnęła palce na starym, pokrytym rdzą łańcuchu. Z pomalowanego na niebiesko, drewnianego siedziska już od dawna schodziła farba, odrywając się sporymi płatami i odkrywając brudne drewno. Mimo wszystkich przeciwności losu, to właśnie tutaj siedziała, oddalona nieco od domu. Spuściła głowę, a jasne kosmyki włosów, nierówno przycięte, opadły na jej okrągłą buzię.
     Dzisiaj skończyła dziesięć lat.
     Dzisiaj rodzice znowu się kłócili.
     Nie wiedziała o co chodzi - nie znała się na tych poważnych, dorosłych sprawach. Napięta sytuacja w domu trwała już od wielu dni, a ona z dziecinną ostrożnością starała się unikać sporów. Nienawidziła krzyków i tych brzydkich słów, które wtedy padały, chociaż znała je teraz na pamięć, niczym piosenki z dzieciństwa. Jeszcze wczoraj zapytała Cody'ego, starszego brata, o sprzeczki rodzicieli. A Cody, jej niemalże mentor, z ważną miną powiedział:
     - Kłócą się o kasę, jak wszyscy dorośli. Jeśli się nie dogadają to wezmą rozwód, ja pójdę z tatą a ty zostaniesz tutaj z mamą i nigdy, przenigdy się już nie zobaczymy.
     Nie mogła wczoraj zasnąć, tak bardzo się zdenerwowała.
     Ale dzisiaj siedziała tutaj, na tej starej i zaniedbanej huśtawce, i nawet stąd słyszała podniesione głosy mamy i taty. Słowo "rozwód" raz po raz pojawiało się w jej myślach niczym najczarniejsza klątwa, najgorszy koszmar. Wpatrywała się w dom z taką intensywnością, jakby samym spojrzeniem mogła zarządzić błogą ciszę. Powolutku zsunęła się z huśtawki i podniosła różowy, szkolny plecak oklejony naklejkami z Krainy Lodu. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę domostwa i nagle przystanęła, targana niepewnością. Zakołysała się lekko i zerknęła przez ramię w stronę lasu, który otulał ich posiadłość niemal z każdej strony.
     Wtedy zobaczyła latawiec.
     Znała las niemal tak dobrze jak własną kieszeń. Kiedy wszystko jeszcze było dobrze, całą rodziną chodzili do lasu na grzyby lub urządzali pikniki ze znajomymi na sporej polanie w samym sercu niewielkiego zbiorowiska drzew. To właśnie tam ktoś puszczał latawiec, który chwiał się na wietrze niemal z dostojnością - piękny, kolorowy motylek z różowymi wstążkami uczepionymi skrzydeł. Maggie uśmiechnęła się lekko i pomyślała, że może ten dzień nie był jednak taki najgorszy. Chciała w odpowiedzi posłać w niebo swój latawiec, ale Cody połamał go dawno temu, i nikt jakoś nie śpieszył się z naprawą. Tak bardzo pragnęła chociaż na chwilę zapomnieć o kłopotach, na krótki moment znów być tylko małą dziewczynką.
     Odwróciła się napięcie i pędem ruszyła w stronę ściany drzew, dobrze znaną ścieżką biegnąc w stronę leśnej polanki.
     Popatrzy tylko chwilkę i wróci do domu. Może właściciel latawca pozwoli i jej na chwilę się pobawić?
     Wróci do domu za kilka minut i wszystko znów będzie dobrze.



. . . . . . . . . . . . . . . . .
Prolog już za mną :v Początki są najgorsze, i wiem, że ten pewnie nie mówi zbyt wiele... Ale obiecuję, że w następnych rozdziałach będzie ciekawiej. Zapraszam do czytania i komentowania : )